Siódmy
Dnia: wtorek, 4 sierpnia 2009
Przeczytaj komentarze [19]
- Cymes?
- Cymes, do cholery!
I znów to natarczywe wołanie w jego głowie nie dawało mu spokoju. Wiedział, że za długo zwlekał, ale nie mógł zmusić się do odczuwania żalu. Zobaczył
ją, chociaż nie miał pojęcia kim była i skąd się tam wzięła. Natrętnie zapełniała jego myśli.
Coraz bardziej niecierpliwe mentalne wołania zmusiły go do skierowania się ku nim. Nie minęła chwila, kiedy do jego uszu dobiegły ich podniesione głosy. Pierwszego zobaczył Tanatosa. Kroczył ku niemu szybkim krokiem z obnażonymi zębami. Na myśl o tym, co najwyraźniej go czeka, z trudem powstrzymał się od złośliwego uśmieszku. Jakoś coraz bardziej go to wszystko śmieszyło. Posklejane brudem włosy dowódcy opadały mu na oczy, ale i tak widać było szalejący w nich gniew.
- Gdzie ty byłeś, do cholery?! – wrzasnął. Usta Cymesa wykrzywił grymas – Tanatos nie miał litości dla jego nozdrzy.
- Nie sądzę, że mogłoby cię to zainteresować – odpowiedział.
- A żebyś wiedział, że mnie to ogromnie interesuje, chłoptasiu – warknął. – Lepiej się nie zapominaj! Chyba nie chcesz, żebym ci przypomniał kto jest tutaj od wydawania rozkazów? Nie chcesz, prawda? – syknął.
Chłopak ponownie się skrzywił. Nie znosił przyznawać się nawet przed sobą, że kary Tanatosa były dla niego (i nie tylko dla niego) okropną katorgą. Odwrócił wzrok.
- Wyobrażasz sobie, że jesteś kimś wyjątkowym? Że właśnie ty możesz robić co się tobie podoba? – cedził przez zęby wprost do jego ucha. – To jesteś w błędzie, zasrańcu.
Z ostatnimi słowami wbił swój brudny długi pazur w mostek chłopaka. Tego się właśnie obawiał. Okropny, nieznośny ból przeszył całe jego ciało kłując każdy nerw milionem niewidzialnych igieł. Zachwiał się, modląc po siły, żeby nie krzyknąć. Ustał jednak na nogach i zimnym wzrokiem wpatrzył się w twarz dowódcy.
Z okrutnym grymasem na twarzy Tanatos odwrócił się i odszedł, pozostawiając chłopaka samego ze swoim cierpieniem.
Ironiczne spojrzenia rzucane przez członków grupy nic dla niego nie znaczyły. Uwielbiali terror nawet w tak prozaicznej postaci. Uśmiechnął się pogardliwie nie dając po sobie poznać, że wciąż czuje ból w mostku.
- Och,
biedactwo – usłyszał.
- Spieprzaj, Zev – odpowiedział obojętnie – martw się lepiej o siebie. Z tego, co wiem tobie też się ostatnio oberwało.
Z satysfakcją przyjął jego krzywy uśmiech. Najwyraźniej wcale o tym nie zapomniał.
- Nie mówię o tym – syknął. – Ominęła cię niezła jatka, pięknisiu.
- O czym ty mówisz? – warknął.
- A tak nawiasem, jak ci się udało nie wykonać rozkazu? – przyjrzał mu się badawczo. – Dla mnie to zwykle trochę…
nieprzyjemne. – wykrzywił się.
- Co?! Co ty pieprzysz?! Jakiego rozkazu?
- No, ale widocznie jesteś bardziej wytrzymały niż na to wyglądasz – szepnął jeszcze omijając go i muskając palcem jego ramię.
Wzdrygnął się.
O co mu, do jasnej cholery, chodziło?
- Więc? – spytał Garson po chwili dołączając do niego – Jak ci się to udało?
- Ale co?
- No, uniknięcie tej rozróby – uciekł od niego wzrokiem.
- Ale jakiej rozróby? O czym wy wszyscy gadacie? – zirytował się.
- No – Garson spojrzał na niego z niedowierzaniem – w końcu dotarliśmy do ostatniego miejsca. Tej wioski. No i… wiesz co było dalej – znów uciekł spojrzeniem. – Spaliliśmy kościół, zabraliśmy te w odpowiednim wieku – przybrał obojętny ton. – Nie było ich wiele, ale miejsca w wozie już zaczyna brakować. Kartup zaczyna się skarżyć, że nie daje sobie z nimi rady. Tanatos wyznaczył mu do pomocy dwóch młodszych. Ale powiedz mi, jak ci się udało tego uniknąć? Bardzo bolało?
Ale Cymes prawie go nie słuchał. Serce zaczęło bić coraz mocniej, nie mógł złapać oddechu.
Ona była z tej wioski. Na pewno. Musiała być. Była przestraszona. Biegła tam, musiała zauważyć dym. A ja głupi, gdzie ja miałem oczy?! Przecież ona teraz na pewno…
- Cymes? – przyjaciel zaniepokojony wpatrywał się mu w twarz.
- Garson, posłuchaj – mówił szybko łapiąc go mocno za ramię. – Te dziewczyny, które zabraliście. Była tam jakaś ruda?
- O co ci chodzi, stary? – spytał niedowierzająco. – Odwaliło ci już doszczętnie?
- Była czy nie?!
- Poczekaj, niech pomyślę – zastanowił się. – Nie, nie sądzę. Ej, Cymes, gdzie ty lecisz? Przecież Tanatos cię…
Ale chłopak już zniknął między drzewami, kierując się dymem. Wolał nie wiedzieć co Tanatos mu zrobi, kiedy go dopadnie.
♦♦♦
Zablokował umysł. Nie chciał słyszeć ich głosów. Nie był nawet pewien nawet czy już wiedzą, ze go nie ma. Czy Garsonowi udało się to długo utrzymać w tajemnicy. Zmierzył wioskę zaniepokojonym spojrzeniem, ogień w niektórych miejscach już przygasał. W niedługich odstępach czasu dobiegały go dźwięki, przypominające walenie się ścian. Myślał szybko. Żeby ją odnaleźć będzie potrzebował wszystkich swoich zmysłów maksymalnie wyostrzonych. I musiał poruszać się zwinnie i szybko. Nie było innego wyjścia.
Zamknął oczy i odnalazł w sobie siłę. Opadł na ręce, które w mgnieniu oka zaczęły się przeobrażać. Nogi momentalnie stały się krótsze, poczuł łaskotanie sierści na brzuchu. Twarz od nasady nosa do brody zaczęła się wydłużać, tworząc pysk uzbrojony w lśniące zęby. Wyczuł też nowe mięśnie gdzieś u dołu pleców. Zamachał ogonem. Kiedy wiedział, że już po wszystkim otworzył oczy błyszczące w świetle płomieni.
Teraz ją odnajdzie.
♦♦♦
Spadała. Niepokojąco szybko zanurzała się w ciemności, napierającej na nią ze wszystkich stron. Otaczały ją szepty. Próbowała krzyknąć, ale nie mogła otworzyć ust. Nie wiedziała nawet czy ma usta. Nie była pewna swojego ciała. Nie była pewna czy w ogóle istnieje.
Wpadła do Wody. Chciała odetchnąć z ulgą, bo teraz nareszcie czuła, wiedziała, że jest, że istnieje, ale Woda jej nie pozwoliła. Była zbyt ciężka. Zbyt przytłaczająca. Straszna. Zamachała rękoma, widząc gdzieś daleko w górze słabe światełko. Coś w jej świadomości pchało ją w kierunku nieznanego blasku. Szeptało, że da radę. Pomagało. Szamotała się, rozpaczliwie wymachiwała nogami i rękoma chcąc wyzwolić się spod karb tego okrutnego żywiołu. Jej twarz przebiła taflę Wody.
I poczuła pod nogami Ziemię. Rozejrzała się niepewnie. Nie mogła nigdzie dojrzeć tego ogromu Wody, w którym przecież przed chwilą się znajdowała. Wstała. Ziemia była twarda i stabilna. Odetchnęła i postawiła pierwszy ostrożny krok, jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Wraz z pierwszym stąpnięciem, które wykonała zewsząd zaczęło ją coś zasypywać uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Kamienie, piach, żwir, błoto… I znów ogarnął ją strach, a jednocześnie świadomość, że przezwycięży żywioł. Niezdarnie, ciężko, posuwała się naprzód, starając chronić przed niebezpiecznymi opadami, do światła, które znów ukazało się jej oczom. Ostatnim rozpaczliwym ruchem przedarła się przez Ziemię.
Spadała otoczona Powietrzem. Nagle była świadoma jego istnienia. Leciała równo, nie czując strachu. Wpadła w wir powietrzny. Szarpały nią silne ruchy wiatru, prawie uniemożliwiając kontrolę nad ciałem. Znów wiedziała, ze sobie poradzi. Zbierając całą swoją siłę, oparła się żywiołowi, kierując swój lot tak, by dotrzeć do blasku pod jej nogami, który jak latarniana morzu wskazywał jej drogę. Trudną walkę stoczyła zanim pokonała Powietrze.
Potem czuła tylko Ogień. Gorące płomienie liżące jej ciało. Była przerażona. Śmiertelnie przerażona. Nie miała siły, nie czuła się pewnie, ale nadal coś szeptało jej, że da radę. Ale przecież ogień był taki straszny, taki niezwyciężony. Jak ona, zwykła dziewczyna, może przeżyć takie starcie?
- Możesz, - usłyszała cichy głos – ale tylko ty możesz to zrobić. Odnajdź w sobie siłę.
- Ale jak? Nie potrafię! – krzyknęła rozpaczliwie.
- Oczywiście, ze potrafisz. To twoje przeznaczenie.
I nic więcej. Żadnej rady, poleceń. Nic. Tylko to. „To twoje przeznaczenie”. Ale okazało się, że właśnie to było jej potrzebne. Wciąż niepewnie i z lękiem postawiła krok w płomieniach. Świadomość pchała ją do przodu, wiedziała, że teraz nie może wrócić. To była najtrudniejsza bitwa. Ale i w niej zwyciężyła. Ostatkiem sił wyskoczyła z Ognia.
Tak obezwładniające jak wcześniej ciemność otaczało ją jaskrawe światło. Znów nic nie czuła i nie była pewna swojego ciała.
- Stoczyłaś cztery walki – rozległ się głos, dochodzący znikąd. – Z czterech wyszłaś zwycięsko. Teraz, kiedy więzy śmiertelności zostały zerwane, odnalazłaś swoje miejsce. Wiesz już kim jesteś, Władczyni Żywiołów. Już znasz swoje przeznaczenie.
Nagle głos ucichł, a ona poczuła pod nogami stabilny grunt. Przed nią rozciągał się długi biały korytarz. Na końcu dojrzała zarys drzwi. Zadziwiająco szybko znalazła się przed nimi. Nie miały klamki. Otworzyły się szybko, bez skrzypienia, nie czyniąc żadnego hałasu. Gdyby czuła serce z pewnością właśnie by stanęło. W białym pokoju bez ścian dojrzała białego wilka obnażającego kły i niebieskie przenikliwe oczy, które nie miały właściciela. Krzyknęła.
♦♦♦
Navarin stał na balkonie obejmując wzrokiem Miasto Wiecznego Cienia.
Tyle czasu poszukiwań i nic, pomyślał zaciskając blade dłonie coraz mocniej na bogato zdobionej żelaznej barierce,
zaczynam żałować, że zaufałem tym nieokrzesanym brudasom. Trzeba było szukać samodzielnie. Oni potrafią tylko partaczyć wszystko czego się chwycą.
- Panie? – rozległ się niepewny głos za jego plecami.
- Czego chcesz?- warknął.
- Otrzymaliśmy kolejny raport od Sekcji V.
- I…?
- Właśnie zakończyli inwazję na następną siedzibę Koryntian.
- No i…?! – prawie krzyknął.
- Pojmali jedynie trzy dziewczyny, Panie.
Stłumił westchnienie. Znów mniej.
- Czyli w sumie mają…? – wiedział ile, chciał to po prostu usłyszeć.
- Trzynaście, sir.
- Trzynaście… - powtórzył cicho podnosząc oczy ku niebu. – Powiedz mi, Ratusie, czy to już ostatnia wioska tych rebeliantów?
- Tak, wasza królewska mość, ostatnia.
- Tak… – mruknął wpatrzony w ciemne chmury unoszące się nad miastem – I mają ich jedynie trzynaście. Poprzednie sekcje były bezużyteczne, jak się okazało, nieprawdaż? A przecież dziewcząt było o niebo więcej. Mimo to nie znaleźliśmy jej… – urwał – Czy myślisz, Ratusie, że tym razem nam się powiedzie?
- Miejmy nadzieję, Panie – odpowiedział cicho królewski doradca, po czym oddalił się.
Navarin westchnął ciężko. Przez tą cholerną przepowiednię niedługo się wykończy. Dlaczego to on nie mógł zostać Władcą Żywiołów?
Dla mojej Kitty. Za cierpliwość i za to, że tak bardzo jej się podobają Czarne Jagody. Dziękuję Ci, kochana!
I dziękuję wszystkim czytelnikom za cierpliwość i wytrwałość w śledzeniu losów moich bohaterów. Naprawdę jestem Wam bardzo wdzięczna. Bez Was nie zmusiłabym się do zarwania kolejnej nocy, żeby to napisać. I mam nadzieję, że Was nie rozczarowałam.
Pozdrawiam serdecznie,
Elizabeth Bennet.